Francja 2003 - wyprawa z Almaturem

logo almatur

"Udało się" - tak mogłem powiedzieć wyjeżdżając po raz drugi na obóz rowerowy z Almaturem. Rok wcześniej byłem w Beneluksie i z wyjazd bardzo mi się podobał. W tym roku liczyłem na to samo tzn.: super atmosfera, fajna ekipa i kadra oraz o co już trochę trudniej dobra pogoda. Ekipa miała dopisać prawie na pewno, ponieważ z tego, co mi było wiadomo na obóz zapisały się osoby z zeszłego roku. Nie pozostało mi, więc nic innego jak przygotować rower do drogi (najważniejszy bagaż:-)), spakować się i ruszać do Łodzi skąd wyrusza co roku cała eskapada. Zapraszam do lektury jak to w końcu wszystko wyszło.

Do Łodzi przyjechałem dzień wcześniej ze względu na chwilowe problemy z transportem mojego rowerka. Zakwaterowałem się w schronisku młodzieżowym PTSM-u i tam w bardzo dobrych warunkach spędziłem noc. Oczywiście wcześniej nie próżnowałem i udałem się na spacer słynną ulicą Piotrkowską. Musze przyznać, że ulica szczególnie wieczorem ma swój klimat, ale wychodząc w bok na sąsiednie uliczki automatycznie przyśpieszałem kroku, bo jakoś nie budziły mojego zaufania. No cóż nie będę tutaj rozpowszechniał złośliwego żartu na temat Łodzi, ale...

Następnego dnia zaraz po szybkim śniadaniu udałem się na miejsce zbiórki. Byłem tam już trzeci, a gdzie reszta?. No cóż przywitałem się z kolegami z zeszłego roku i oczekiwaliśmy na resztę. Zjawili się niedługo potem. Po chwili kadra była już w całości i zaczęło się pakowanie bagażu do autokaru. Nie mogłem w to uwierzyć, ale rowery udało się spakować w 0,5 h?! Rok temu zajęło nam to ponad godzinę. Niestety jak to mówią : "Co nagle to po diable" i nie mam tu na myśli złego zapakowania rowerów, ale gdy już mięliśmy wyjeżdżać to zatrzymała nas inspekcja transportu drogowego. Grrr kontrolowali nas grubo ponad godzinę. Jednak i tak czekaliśmy na dziewczynę z Tarnowskich Gór, która jeszcze nie zdążyła dojechać. W końcu czekała na nas w Poznaniu. Po całej kontroli i zrobieniu zdjęć (panowie z inspekcji musieli mieć fotki z panem Ryszardem, którego znają z łódzkiej telewizji) mogliśmy spokojnie odjechać w stronę Poznania, gdzie na pokład wsiadła ostatnia grupa. Po drodze dostaliśmy coś co mnie po prostu zaszokowało. Był to program całego wyjazdu i to super dokładny. Podane były dokładnie campingi, na których mamy spać oraz numery dróg, którymi będziemy się przemieszczać i miejsca zmiany drogi. W porównaniu z zeszłoroczną improwizacja było to dla mnie spore zaskoczenie. Wódz Krzysiek postarał się bardzo przygotowując tą rozpiskę na podstawie różnej maści przewodników i map. Już się nie zapowiadało na to, że o 22 będziemy szukać campingu na nocleg. Trochę szkoda, ale jak zawsze wszystko wychodzi dopiero na trasie:-)

Do Lechnina dojechaliśmy spokojnie na znany nam już camping, ponieważ byliśmy tam już rok temu. No nie wszyscy, bo jak policzyć to osób z zeszłego roku było 9 tzn. mam na myśli ten turnus, na którym ja byłem. Szybko rozłożyliśmy namioty. My z kolegami spaliśmy w czwórkę w 5-cio osobowym namiocie. Piątą osobę zajmowały bagaże. Jak zwykle na pierwszą kolacje są kiełbaski z grilla. Jak to w Lechninie padać musi zawsze, gdy my tam przyjedziemy, a właściciel mówił, że maja suszę?! A to ciekawe, ponieważ całą noc padało. Na szczęście namiot wytrzymał. Pan Kalisz walczył w jedynce bez tropika. Namiot był dość mały a każde dotkniecie jego powłoki powodowało przeciek. Rano suszył na płocie śpiwór.

Następnego dnia wyjechaliśmy na również znany camping w Hertegembosz w Holandii. Ach te oszczędności. No, ale niestety mając jednego kierowcę musimy jechać do Francji na raty:-( Jazda busem po zagranicznych autostradach nie jest już taka emocjonująca. Wcale nie trzęsie. Warunki w sam raz do obejrzenia kolejnych dwóch filmów. Po rozstawieniu się na campingu ruszyłem z kolegami w stronę supermarketu, ponieważ wiedzieliśmy, że jest cos takiego na sąsiednim campingu. Niestety był już zamknięty o 19. Hmm pozostała stacja benzynowa, niestety zaopatrzenie nie było zadowalające. Za nami maszerowała cały czas grupa "nowych", którzy wierzyli nam jako starym bywalcom. Szybko wróciliśmy na obozowisko, by spożyć posiłek i kontynuować zapoznawanie się z nowymi kolegami. Tak, więc graliśmy w karty, badmintona, piłkę nożną tylko rowerów ciągle nie widać w obozowym krajobrazie, szkoda.

Uff to już niedziela. 13 lipca roku pańskiego 2003. Kolejny dzień w busie. Po przeprawie przez Belgię lądujemy w końcu w Francji. Zakwaterowaliśmy się na campingu La Criquet we Freneuse około 80 km od Paryża. Upał był niemiłosierny. Dobrze, że mieliśmy nieograniczony dostęp do pryszniców. Siedzieliśmy do późna rozmawiając na różne tematy i śmiejąc się z Kwazara (niestety nie jestem pewny czy tak to się pisze). Ale trzeba było w końcu iść spać. Przecież jutro wyjazd do Paryża.

No cóż zebraliśmy się dość szybko. Po zjedzeniu śniadania i załatwieniu paru spraw nastąpił wymarsz na dworzec kolejowy. Upał grzał niemiłosiernie, gdy doszliśmy na stacje okazało się, że pociąg jedzie za 1,5 h i kosztuje 20euro. W tej sytuacji nie opłacało się nawet ruszać do Paryża, ponieważ jutro miał nas tam zabrać autobus. Postanowiliśmy udać się na pierwsze zakupy do miasta, a po południu wyjęliśmy rowerki by zwiedzić okolicę. Najpierw pojechaliśmy do parku z basenami. Nie wchodziliśmy nawet i od razu udaliśmy się z powrotem. Wyszło cos 15 km. To było trochę mało i z Piotrkiem postanowiliśmy ruszyć dalej. Zrobiliśmy jeszcze 15 przejeżdżając na druga stronę rzeki i mieliśmy już serdecznie dosyć. Ta pogoda była potworna. Po 30 km czułem się jakbym zrobił 150. Od razu poszedłem pod prysznic odklejając od siebie mokre rzeczy. Woda w bidonie była gorąca. A pod prysznicem, gdy wylałem na rękę żel pod prysznic to trochę się poparzyłem. Od tej chwili już wiedziałem, że naszym największym wrogiem będzie upał. Rozpoczęła się wojna. Dopiero koło 20 można się spokojnie budzić do życia. Tego dnia przyszli do nas na kolacje Francuzi z sąsiedniego domku. Przedtem zrobili kupę hałasu swoim dzwonkiem. Nic dziwnego. Jak się potem okazało mieli już sporo promili we krwi. Po kolacji część chłopaków poszła grać w piłkę z Francuzami. Ja z kolei z trzema kolegami rozpoczęliśmy nasza przygodę z grą w bule. Powiem tak, że dla odmiany można zagrać, ale żeby było to wielce pasjonujące. No nie wiem. Mecz w piłkę nożną z Francuzami został wygrany z miażdżącą przewagą. Pobudka została zapowiedziana na dość wczesną godzinę, ponieważ o 8:00 autobus miał koniecznie odjechać.

francja

Tak też się stało. Wyjechaliśmy busem z campingu o 8, ale i tak mogliśmy z niego wysiąść dopiero o 10:30. Ach te paryskie korki. W końcu wyrzucono nas pod Wieżą Eiffla, a autokar pojechał poszukać gdzieś dalej miejsca do zatrzymania. Podeszliśmy pod sama wieżę by spojrzeć z bliska na tą kupę żelastwa. Spod wieży przeszliśmy przez Pola Marsowe w stronę Domu Inwalidów. Na dziedzińcu trafiliśmy na pogrzeb jakiejś ważnej osobistości. Później przeszliśmy w stronę kościoła gdzie leży Napoleon. Kilka osób w tym ja weszło do środka by zobaczyć sześć trumien, w których leży. Wszystko jeszcze zamknięto w marmurowy sarkofag podarowany przez Rosjan!? Dziwne jakby się bali żeby nie uciekł. Przeszliśmy następnie Ogrodami Inwalidów po drodze mijając Szkołę Oficerską. Mijając główną mennicę, która wybiła min. rocznicową monetę na Tour de France. Mijaliśmy także uniwersytet na którym studiował min. nasz wielki reżyser Roman Polański. Przemarsz tego dnia zakończyliśmy na słynnej katedrze Notre Dame. Jeśli mam byś szczery to nie zrobiła ona już na mnie takiego wrażenia. Miałem szczęście widzieć w przeszłości piękniejsze obiekty sakralne. No cóż kwestia gustu. Tam po uzgodnieniu miejsca zbiórki rozeszliśmy się. Ja z kolegą Piotrkiem z Wa-wy polecieliśmy od razu szukać czegoś tańszego do picia. Niestety sprawa wyglądała cienko w centrum Paryża. W końcu po przejściu paru przecznic natknęliśmy się na Mc'Donalda. Może to zabrzmieć śmiesznie, ale tak w sumie to było to najtańsze picie w okolicy. Pojawił się jeden kłopot. Nawet w Maku obsługa nie potrafi mówić po angielsku!!! Na hasło kolegi: "Big Fanta" pani za kasą zrobiła oczy jak pięć złotych. W końcu zwątpiliśmy i tworzyliśmy zamówienie jeżdżąc palcem po cenniku. Uff już po wszystkim. Po uzupełnieniu płynów udałem się na poszukiwanie kartek szybko zakupiłem odpowiednia ilość, pytając znów po angielsku czy są znaczki. O dziwo pani rozumiała, ale odpowiadała już po swojemu, że znaczków nie ma. Ja tego nie rozumiem, ale czy w tym kraju wieszają za odezwanie się w obcym języku czy też nacjonalizm jest aż tak głęboki. Na szczęście znalazłem znaczki w kiosku i po wypisaniu kartek udaliśmy się na miejsce zbiórki na dziedziniec Luwru. Gdy zebrali się już wszyscy udaliśmy się w pełnym słońcu w stronę parkingu, na którym stał autokar. Siedząc na siedzeniu byłem cały mokry od stóp do głów, a wody jak nie było tak nie ma. Na szczęcie w drodze powrotnej zatrzymaliśmy się po Auchanem gdzie niektórzy trochę przesadzili i nakupili po 5 zgrzewek wody na głowę. Przyjazd na camping był jak zbawienie. Teraz trzeba było zaczekać jeszcze na swoja kolejkę w drodze pod prysznic. No jakoś przeżyliśmy. Po kolacji znalazł się jeszcze czas na rozegranie rewanżu w piłkę. Dokładnego wyniku nie znam, ale wiem, że walka była zacięta i w końcu przegraliśmy.

Rano ponownie wsiedliśmy w autokar, ale teraz mieliśmy się z nim pożegnać już na dobre parę dni. Udaliśmy się w stronę Châteaudun. Po drodze zatrzymaliśmy się w Chartres, by obejrzeć tam przepiękną katedrę. To, co wyróżnia ją od innych tego typu obiektów to niespotykany nigdzie indziej nietypowy niebieski kolor w witrażach. Do dziś nie wiadomo, w jaki sposób został stworzony i dlatego jest niespotykany nigdzie indziej. W Châteaudun zakwaterowaliśmy się na campingu miejskim. Szybko rozłożyliśmy namioty i był to bardzo dobry pomysł, ponieważ po chwili z nieba zeszła ulewa. Ja z kolegami z namiotu przeczekaliśmy ja w campingowej świetlicy grając w piłkażyki. Nie obyło się jednak bez stresu, ponieważ pod naporem deszczu i wiatru nasz namiot wyglądał jakby nabierał wody. Na szczęście wszystko było w porządku i w środku mięliśmy sucho. Po przejściu ulewy zajęliśmy się montowaniem rowerów. Od dzisiaj miały już spędzać noce na dworze. Poskładaliśmy szybko nasze maszyny i z kolegami z namiotu pojechaliśmy na zakupy, ponieważ mięliśmy wachtę. Znalezienie sklepu zajęło nam trochę czasu, ale jak się okazało nie był to jeszcze najgorszy czas. Po zakupieniu zaopatrzenia udaliśmy się z powrotem do obozu, tym razem krótszą drogą. Aha zapomniałem wspomnieć, że miasto jest położone na wzgórzu i w związku z tym powrót odbył się szaleńczym zjazdem z zakrętami. Tylko rozsądek ostrzegający przed nadjeżdżającymi z przeciwka samochodami był wstanie wymóc użycie hamulców. Na szczęście wszystkim udało się zjechać bezpiecznie. Później postanowiliśmy wrócić do miasta by zobaczyć zamek i zwiedzić je trochę. Tym razem zmierzyliśmy się z podjazdem. Udało się chociaż nie było łatwo:-) Szybko przemierzyliśmy wąskie uliczki spoglądając na zamek i panoramę miasta. Następnie zjechaliśmy na camping tym razem zjazdem równie ciekawym, ale jakość asfaltu pozostawiała wiele do życzenia. Rowerki MTB górą!!! Wieczór minął ciekawie z drobnymi niespodziankami...:-)

Tak na to czekaliśmy. Nareszcie będzie przejazd na rowerach na kolejny camping. Dopiero teraz można było powiedzieć, że obóz rowerowy się zaczął. Ruszyliśmy wszyscy razem. Po wyjechaniu z miasta Krzysiek pozwolił nam pościgać się trochę Takiej okazji nie mogłem przepuścić. Nacisnęliśmy mocno na pedały i tyle nas widzieli. Dość szybko dojechaliśmy do pierwszego skrzyżowania, ale na resztę musieliśmy trochę poczekać. Tam miał być krótki postój. Jednak niektórzy nie zrozumieli i wyrwali do przodu. Potem mieli karną wachtę. Jak się okazało postój się przedłużył, ponieważ pani Eli poszła oponka. Niestety rzecz nie do naprawy, gdyż drut wyszedł na zewnątrz i przebijał dętkę. Zatrzymaliśmy autokar by skorzystać ze skrzynki z narzędziami. No na razie pomogło. Znowu dostaliśmy pozwolenie na zrobienie 5 km do najbliższej miejscowości. Po drodze spotkaliśmy wracający autokar. Jak się później okazało się, że to po panią Elę. Opona rozerwała się całkowicie i nie pozostało nic innego jak kupić nową. W końcu już bez niespodzianek dojechaliśmy na camping. Nasza wachta od razu po rozłożeniu namiotów pojechała po zakupy. Szybko załatwiliśmy sprawę, ponieważ dwójka z nas chciała się wybrać do Orleanu. Największy kłopot mieliśmy ze znalezieniem sklepu spożywczego. W centrum nie było żadnego. Jedyne, na co się natknęliśmy to market za miastem. Tutaj chyba nie ma czegoś takiego jak normalne sklepiki. W Polsce było by już z 10 na naszej trasie. Do Orleanu ruszyliśmy o 17:00 w celu zobaczenia katedry. Zaraz po wyjechaniu z campingu po drugiej stronie obozu zobaczyliśmy przepiękny basen. Nadia powiedziała: "Po kolacji idziemy tutaj". I może by poszła gdyby nie wydarzenia, które nastąpiły później. Ale o tym za chwilę. Droga do Orleanu w dużej części prowadziła szlakiem rowerowym miedzy polami. Droga była jednak dość dobrej jakości i jechało się bardzo dobrze. Przed samym Orleanem zobaczyliśmy tabliczkę z kierunkiem na Mc'Donalds. Kierownice same skręciły w prawo. Zatankowaliśmy tam trochę picia ruszyliśmy z powrotem do centrum. Po drodze mijaliśmy drogowskaz na Auchan jak się później okazało nie bez powodu. Dojechaliśmy dość szybko do przepięknego rynku i następnie dalej do katedry. Katedra była po prostu przepiękna. Objechaliśmy ją na około z otwartymi ustami. Jeszcze nigdy nie widziałem czegoś tak pięknego. No, ale trzeba wracać. Byliśmy już na przedmieściach Orleanu, gdy zadzwoniła komórka Miśka. Tekst smsa był mniej więcej taki: "Zgubiłam się. Jestem pod wejściem głównym do Auchana". Nie było wyjścia trzeba było jechać. Wiedzieliśmy gdzie to jest. Po 4 km byliśmy na miejscu, ale zguby nie było. Objechaliśmy dokładnie z kolegą market, ale nic. Nadia dogadała się z Francuzami. Okazało się, że jest inny Auchan po drugiej stronie miasta. Szybko zmontowaliśmy grupkę pościgową. Miałem szczęście/nieszczęście (niepotrzebne skreślić) w niej być. Przez Orlean jechaliśmy z prędkością często przekraczającą 40 km na godzinę. Tylko pod gorę zwalnialiśmy do ponad 30. Ludzie na skuterach patrzyli na nas jak na wariatów, ponieważ wyprzedzaliśmy ich na każdych nieszczęsnych światłach i po drodze na prostych. Tylko te czerwone światła nam przeszkadzały, a nie było jak tego wyminąć. W końcu po ciężkich przeprawach przez osiedla dojechaliśmy do drugiego Auchana. Niestety nasza zguba zgubiła rower. Pozostawiła go nie przypięty przed sklepem, gdy poszła zadzwonić. Nie musze już chyba pisać, że mimo patrolu nie został znaleziony. Czekaliśmy na resztę ekipy, ponieważ Agatę trzeba było przewieść na bagażniku, który miała tylko Nadia. Czekaliśmy na nich trochę czasu, ponieważ błądzili po osiedlach trochę więcej od nas. Nareszcie ruszyliśmy w stronę obozu posiadając na stanie 3 lampy na 6 osób. Na szczęście udało się nam dojechać szczęśliwie, ale tej nocnej jazdy i tych dziur w drodze długo nie zapomnę. Na obozie byliśmy o 23:30 mając 2,5h spóźnienia. Kąpaliśmy się przy latarce, a na campingu było cicho jak makiem zasiał.

francja

Na następny dzień przed wyjazdem miała miejsce ciekawa sytuacja. Wszyscy posiadający lampy zaczęli je nakładać na kierownicę. Szkoda, że dopiero teraz, ale wyglądało to zabawnie. Ruszyliśmy bocznymi, także polnymi drogami w stronę Beaquency. Po obejrzeniu zamku pojechaliśmy dalej. Przejeżdżając przez osiedle domków jednorodzinnych na drodze pojawiły się bezsensowne półwyspy, na których były umieszczone donice i znaki drogowe. Wszyscy omijali te utrudnienia, ale Bartek, który w tym momencie bawił licznikiem rowerowym nie mógł ich widzieć. Kiedy przed jego przednim kołem ukazała się wielka donica było już za późno. Nawet nie próbował hamować wystawił tylko ręce i przygrzmocił w znak, który się wygiął pod siłą uderzenia. Na dodatek kolega zapomniał, że ma buty zapięte do pedałów i rower poleciał na niego. Szczęśliwie wszystko skończyło się tylko lekkim scentrowaniem przedniego koła. Po takich wrażeniach udaliśmy się dalej w stronę Chambord. Zamek wygląda naprawdę imponująco. Jest to podobno największy ogrodzony kompleks leśny. Spędziliśmy tu godzinę czasu delektując się widokiem zamku oraz pysznymi lodami z miejscowego straganu. Wyjechaliśmy w stronę Blois. Prowadzący pan Ryszard pomylił strony, ale szybko rozładował atmosferę uśmiechem na twarzy i hasłem: "No przecież droga D33 biegnie w dwie strony." Po dojechaniu na camping z basenem szybko zebraliśmy się z powrotem, ponieważ chcieliśmy zobaczyć Château de Blois oraz kościół św. Mikołaja. Na koniec pojechaliśmy jeszcze zobaczyć katedrę, która jest na szczycie miasta. Prowadził tam wąski czerwony chodnik. Podjazd był po prostu zabójczy. Później, gdy opowiadaliśmy o nim na obozie to zastanawialiśmy jak to ukazać żeby nie przesadzić, ponieważ nachylenie było bardzo duże. Podjazd pokonaliśmy dość szybko, ale na pewno go nie zapomnimy:-). Po powrocie na obóz dopełniłem obowiązków wachty. Podobno sałatka była smaczna.

No 19 lipca roku pańskiego 2003 moje obowiązki związane z wachtą poszły w niepamięć. Ruszyliśmy znowu grupą. Najpierw jechaliśmy ruchliwa drogą, ale potem skręciliśmy na boczne polne drogi, którymi jechało się naprawdę dobrze. Naszym celem był zamek w Chaumont. Prowadziła do niego stroma dróżka pod górę. No trudno zaciskamy zęby i dalej do przodu. Zamek na pewno wyglądałby dużo ładniej, gdyby pozbyć się rusztowań i innych rzeczy, które postawiono na czas remontu. Ruszyliśmy dalej, niestety na trasie miało miejsce parę nieprzyjemnych sytuacji, jak kraksy oraz nie oglądanie się za siebie podczas skrętów. Na szczęście kraksy zakończyły się jedynie drobnym scentrowaniem kół i obdarciem kolan. Swoja drogą na kocich łbach od razu widać jakość motylków przy kołach bądź ich prawidłowe zapięcie. Niektórym się po prostu pootwierały!! Dalej czekały nas już tylko podjazdy i długie zjazdy:-) widzieliśmy jeszcze zamek w Ambonise. Camping mięliśmy w miejscowości Chenonceaux, gdzie znajduje się jeden z najsłynniejszych zamków we Francji. Niestety widać bardzo niewiele, ponieważ zamek jest ogrodzony parkiem, do którego wstęp jest również płatny. No trudno wróciliśmy na camping. Zdążyłem spokojnie przeserwisować rower, a wieczorem oglądaliśmy super fajerwerki wybuchające nad miastem.

Opłacało się wczoraj na nowo przesmarować łańcuch. Dzisiaj od razu podzieliliśmy się na dwie grupy: normalną z panem Ryszardem i trochę szybszą z Krzysztofem Kaliszem. Tempo u p. Kalisza było dość wymagające, a przynajmniej czołówka starała się je utrzymać. Jazda "na koło" jest jak zwykle w takich sytuacjach skutecznym rozwiązaniem. Po pokonaniu kolejnych kilometrów dojechaliśmy do Loche. Zameczek był sympatyczny, ale niestety dosyć mało było widać i o ciekawe zdjęcie też było bardzo trudno. Niestety wody w bidonach już nie było. Zaopatrzyliśmy się w trochę picia w sklepiku za jak zawsze kosmiczne ceny. Ruszyliśmy dalej w stronę Thore. Po drodze zaopatrzyliśmy się w wodę w wiejskim gospodarstwie. Trochę dalej w jakiejś małej miejscowości wyłożyliśmy się na trawie na dłuższy odpoczynek nad torem kajakarstwa górskiego. Później podzieliliśmy się znowu na grupy. Czołówka ruszyła z Kaliszem do Tours, a reszta skierowała się już na camping w Monts. Przejazd do Tours prowadził przez góry, ale nie był to podjazd bardzo wymagający. W Tours zobaczyliśmy piękną katedrę St. Gatien oraz inny kościół o bardzo dziwnej i nietypowej architekturze wnętrza. Wyglądał zupełnie inaczej niż inne kościoły. Powrót był naprawdę dynamiczny. Ostra jazda "na koło" bez zbędnych ceregieli. Szybko pokonaliśmy 10 km odcinek z prędkością sięgającą 40 km/h i wyższą. Można powiedzieć, że wpadliśmy na camping:-) Na kolację trzeba było niestety trochę poczekać, co chętnie wykorzystaliśmy na kąpiel i rozłożenie własnych rzeczy.

francja

Dzisiaj naszym celem było Villandry, gdzie położony jest zamek z pięknymi ogrodami. Zwiedziliśmy zamek oraz piękne ogrody. Bardzo nas ciekawiło ile liczy armia ogrodników, która jest potrzebna do obsłużenia takiego ogrodu. Po spacerze wsiedliśmy znowu na rowery i pognaliśmy dalej w kierunku rzeki Cher. Po odcinku "kocich łbów" wjechaliśmy na asfaltowa drogę wzdłuż Loary. Idealny odcinek by znowu spróbować ostrej jazdy "na koło". Najpierw prowadził Piotrek z Wa-wy, a ja siedziałem mu na kole w odległości 20 cm. Prędkość, którą staraliśmy się cały czas utrzymać wynosiła 37 km/h. Po 4 km dojechaliśmy do pierwszego miasta i zamieniliśmy się z Piotrkiem. Jazda wyglądała podobnie, ale po 5,5 km zacząłem odczuwać ból w nodze, którą nadwyręrzyłem sobie na którymś wcześniejszym odcinku. Prosząc o zmianę nie otrzymałem odzewu i tak dociągnąłem jeszcze 2 km. Zamek w Château d'Ussé ma dość bajkową architekturę, co sprawiają min. jego białe wieże. W czasie odpoczynku pod zamkiem starałem się z Miśkiem znaleźć jakiś sklep by uzupełnić zapasy picia, ale nie jest to takie proste w czasie sjesty. Szczęście nam jednak dopisało, bo wracając natrafiliśmy na otwarcie sklepu po przerwie. To było jak zbawienie taki zimny jogurcik:-) Do dalszej drogi oderwała się również silniejsza ekipa. Jechaliśmy w kierunku Chinon. Tępo było był śmiertelne, szczególnie dla osób takich jak ja z szerokimi oponami na stanie. Po drodze mieliśmy kilka mniejszych i większych górek. Po dojechaniu do Chinon musieliśmy zjechać stromym i długim zjazdem. Zjazd super tylko kłopot w tym, że po drodze minęliśmy zamek, ale kto by się tam przejmował czymś takim w czasie takiego zjazdu. Można przecież wrócić później. Do campingu dojechaliśmy tylko w czwórkę reszta grupy została sporo za nami. W ten właśnie sposób wyłoniła się elita grupy ścigantów (K. Kalisz, Misiek, Piotrek z Wa-wy i ja). Na campingu wyłożyliśmy się w cieniu na karimatach, ponieważ upał był niemiłosierny. Po 1,5 h zebraliśmy się jednak by zwiedzić zamek. Kłopot był tylko taki, żeby podjechać z powrotem pod górę, ale co to dla nas;-) Zamek miał raczej bojową architekturę. Po zrobieniu pamiątkowych fotek zjechaliśmy na drugą stronę wzgórza. Droga była trochę węższa i bardziej wyboista, ale równie szybka. Po drodze spotkaliśmy sklep, w którym dokonaliśmy koniecznych zakupów i udaliśmy się na camping by wypoczywać do końca dnia.

Naszym celem były ruiny opactwa z 1099 roku w Fontevraud. Jeśli mam być szczery to nie zrobiły one na mnie piorunującego wrażenia. Może, dlatego, że po drodze mijaliśmy tyle przepięknych zamków. W kolejnym, mieście podzieliliśmy się na cierpliwych i mniej cierpliwych, którzy wyrwali od razu do Andres na camping. Po drodze zatrzymaliśmy się w Mc'Donaldzie na przekąskę. Byłem już tak głodny, że ani się obejrzałem jak zjadłem hamburgera. Jest to o tyle dziwne, że nigdy nie jadam tych szczurburgerów z tej śmieciarni. Chyba od upału poprzestawiało mi trochę zmysły:-) Podczas wyjazdu z restauracji spotkaliśmy resztę ekipy. Jechaliśmy przez chwile razem, ale później wszyscy się rozsypaliśmy. Na koniec jechaliśmy już wzdłuż rzeki już tylko we trójkę zmieniając się, co jakiś czas na prowadzeniu. Na campingu byliśmy pierwsi zaraz za grupa, która jechała autobusem. Swoja droga to dziwne, ale w tym roku dużo osób przemierzało trasę obozu busem. Rok temu wszyscy jeździli na rowerach no cóż trudno. Gdy już dojeżdżaliśmy na camping krzyknąłem do Piotrka widząc drogowskaz: "Patrz, trzygwiazdkowy". Jeszcze silniej nacisnęliśmy na pedały i po chwili byliśmy na campingu. Krzysiek przywitał nas hasłem: "No chłopaki przebierać się i maszerować na basen". Długo się nie zastanawialiśmy i od razu ruszyliśmy na kąpielisko. Wszystko by był fajnie, gdyby woda nie była taka zimna. Długo się w niej nie udało wytrzymać stojąc. A o spokojnym pływaniu mimo prób nie było mowy ponieważ basen był w kształcie niecki i związku z tym łatwo było zaryć o dno kolanami. Wyleżeliśmy się trochę na słonku i wróciliśmy z powrotem na camping. W czasie drogi panie wytykały nas sobie palcami. Już wtedy byliśmy posiadaczami czekoladowych pończoszek (no tak dziwnie się człowiek opala w spodenkach kolarskich:-). Wieczorem Krzysiek nas zaskoczył. Po przepysznych kotletach i schabach z grilla dostaliśmy na deser ciastko, soczek, i owoce. Niestety tutaj zakończył się nasz ostatni rowerowy etap i było to swego rodzaju pożegnanie. Trochę smutno było odłożyć rower wiedząc, że już jutro będzie się go pakować do busa.

Na 23 lipca zostało przewidziane zwiedzanie Paryża by Night. By w Paryżu mieć jak najwięcej czasu, rano po śniadaniu zebraliśmy się szybko i wpakowaliśmy wszystko do autokaru i od dzisiaj nasze rowery już nie miały opuszczać autokaru. Z campingu wyjechaliśmy już o 11. Po drodze znowu mięliśmy mały festiwal filmowy. Z autokaru wysiedliśmy koło 17:00 w nowoczesnej dzielnicy Defence. Od razu zrobiły na nas wrażenie nowoczesne biurowce o różnych przedziwnych kształtach. Miedzy nimi znalazły się także paryskie WTC. Obok nowego łuku triumfalnego odbywał się właśnie turniej streetballa, ale my głodni wrażeń w Paryżu udaliśmy się po chwili w stronę stacji metra. Szybko dostaliśmy się na pola elizejskie. Tam zaopatrzyliśmy się w informacji turystycznej w plan miasta. Od razu udaliśmy się w stronę Łuku Triumfalnego. Po zrobieniu kilku fotek udaliśmy się dalej w stronę wieży Eiffla. Tam spędziliśmy trochę czasu. Z braku chętnego towarzystwa nie wjechałem na wieże. No trudno może innym razem. Mam po co tu wrócić. Następnie postanowiliśmy przejechać metrem do różowej dzielnicy i w okolicę Sacré Coeur. Najpierw w wielu sklepach z upominkami zaopatrzyliśmy się w pamiątki dla rodziny i przyjaciół. Następnie udaliśmy się na zwiedzanie Sacré Coeur. Aby tego dokonać trzeba się wspiąć po długich schodach. Mimo tylu godzin na rowerze jakoś dziwnie mi się chodziło i odczuwałem zmęczenie tym wyczynem;-). Zwiedziliśmy kościół i postanowiliśmy tu wrócić później, gdy będzie można stąd oglądać nocną panoramę Paryża. Zeszliśmy w stronę różowej ulicy uciech. Ulica o tej porze nie pokazywała jeszcze w pełni swojego "uroku", ale życie się już tutaj powoli kręciło. Na jednej z ulic spotkaliśmy sutenera, który gdy zorientował się, że nie potrafimy mówić po francusku to wyjechał w nasza stronę szkolną angielszczyzną. Była to niezwykła niespodzianka z uwagi na to, że we Francji mało kto zna ten język. Trochę pogadaliśmy z tym panem, ale na darmowy seans na jedną z wąskich przecznic nie daliśmy się namówić. Poszliśmy dalej korzystając przy okazji z usług Mc'Donalda tzn. toalety:-) Najśmieszniejsze jest to że w całej Francji w tych restauracjach ceny różnią się od siebie. W samym Paryżu cena na shaku może być różna o 0,30euro. Trochę dziwne, ale to Francja, a oni chyba nie lubią amerykańskiej restauracji. Nawet w Katowicach ruch jest większy. Ale nic poszliśmy dalej. Dwóch kolegów cały czas szukało jakiegoś taniego kina. W końcu zobaczyli z daleka szyld 2 euro, ale gdy uśmiechnięci tam dotarli okazało się, że to gej show:-) Wróciliśmy do Sacré Coeur, ponieważ zaczęło się robić ciemno. Panorama Paryża była naprawdę piękna, a rozświetlona wieża Eiffla wyglądała cudownie. Koło 23:30 zeszliśmy na dół by jeszcze raz zobaczyć rozświetlona Moulin Rougne. Następnie zeszliśmy do metra i pojechaliśmy do naszego autokaru. Wyjeżdżając z Paryża spoglądaliśmy jeszcze na różne rozświetlone obiekty.

francja

Dzisiejszą noc spędziliśmy w autokarze. Około 8:00 dojechaliśmy do Hertegembosz. Śniadanie zjedliśmy bardzo późno po drzemce, obiad bardzo wcześnie, bo już po 14. Dzień był taki poplątany, ponieważ aż 17 osób wybierało się do wesołego miasteczka. Reszta nudziła się w mniej lub bardziej interesujący sposób, wie podaruje sobie opis tego dnia:-)

25 lipca zaplanowany został powrót do Lehnina. Nie działo się nic specjalnego. Oglądaliśmy filmy i pokonywaliśmy kolejne kilometry. Dzisiaj siedzieliśmy w grupkach do późna. Była to ostatnia noc i wiedzieliśmy, że jutro nadejdzie ciężki czas pożegnań, ale noc mijała w miłej atmosferze.

No i powrót do domu. Rano okazało się, że Lechnin jest dla nas miejscem przeklętym. Znowu padało. Byłem tutaj trzy razy i zawsze musi padać:-( To już chyba zostanie urokiem tego miejsca. Ciekawie wyglądała sytuacja na pierwszej polskiej stacji benzynowej. Wszyscy ochoczo ruszyli z polskimi banknotami do sklepu. Znowu czuliśmy, że mamy kasę. Od tego momentu nastąpił czas pożegnań. Finał był w Łodzi, gdzie musiałem się rozstać z wspaniałymi kolegami i kadrą. Zakończyłem kolejną podróż marzeń w miłym towarzystwie. Mam nadzieję, że nie będzie to nasze ostatnie spotkanie:-)

Bardzo chciałbym podziękować wszystkim dzięki, którym tak miło spędziłem czas na tym obozie rowerowym. Mam na myśli oczywiście kadrę i kolegów. Nie będę wymieniał z imienia i nazwiska, ponieważ dobrze wiecie o kogo chodzi, a ja nie chciałbym o kimś zapomnieć. Do zobaczenia gdzieś na szlaku. Na razie...

Michał Pawełczyk

»w górę

All © copyright by GT WERTEP. Wszystkie teksty i zdjęcia na stronie oraz sama witryna są objęte prawami autorskimi. Powielanie ich w jakikolwiek sposób, bez wiedzy i zgody administratora jest zabronione. Projekt i wykonanie: Michał"anghan"Pawełczyk. Autorem zdjęcia w nagłówku strony jest Marcin Matyja - Fotografia Ślubna.