Benelux 2002 - wyprawa z Almaturem
W ramach obozu odbywającego się w dniach 13.07.- 27.07.2002 mieliśmy odwiedzić Holandię, Belgię i Luksemburg. Stawiając się na miejsce zbiórki w Łodzi miałem mgliste pojęcie o tych krajach. Poza ogólnymi informacjami Encyklopedii Geograficznej i notatkami o poszczególnych miastach z Internetu nie wiedziałem kompletnie nic. Dochodziły do tego urywki informacji z różnych źródeł i tak o na przykład o Holandii dowiedziałem się, że to kraj tulipanów, rowerów, narkotyków, zalegalizowanej prostytucji i eutanazji. Szczególnie ostatnie słowa nie nastrajają pozytywnie. Jednak nie pozostały one na długo w głowach na obozie każdy chciał poznać wyżej wymienione kraje od innej strony: kultury, architektury, a przede wszystkim dobrze się zabawić. Z takim nastawieniem wyjeżdżaliśmy z Łodzi.
Z Łodzi wyjechaliśmy około 9:40 dnia 13 lipca roku pańskiego 2002. Opóźnienie to wynikło z problemów z pakowaniem rowerów, było ich bardzo dużo. Autokar - stary poczciwy Jelcz był wypakowany po brzegi. Pod kątem rowerów kilkanaście siedzeń z tyłu zostało wymontowanych. Na trasie zbieraliśmy dwóch dodatkowych uczestników wycieczki. Pierwszego zabieraliśmy ze stacji benzynowej w okolicach Ozorkowa.. Był to starszy pan Stasiu, którego na miejsce odprowadził cały "Szwadron" ( drużyna rowerowa PTTK Ozorków). Posiadali oni transparent z napisem: "Wodzu Wracaj szybko". Całość wyglądała bardzo sympatycznie. Następnego i ostatniego uczestnika wycieczki odbieraliśmy w Poznaniu. Krzysztof Kalisz pełnił rolę opiekuna. Tym sposobem autokar wypełnił się kompletem pasażerów. Pasażerów w sumie 31 osób + kierowca. Z Poznania udaliśmy się prosto w kierunku Berlina. Granice przekraczaliśmy w Świecku. Obsłużył nas nawet sympatyczny celnik. Stąd potrzebowaliśmy jeszcze trochę czasu na dotarcie na camping, ale droga ta wydawała nam się tylko chwilą, gdyż biegła już po niemieckich równych autostradach. Ogólnie podróż przebiegała dosyć sennie, nie, dlatego, że wszyscy spali, ale dlatego powodu powolnego zapoznawania się ludzi na sąsiednich siedzeniach na sąsiednich siedzeniach. Miałem dużo szczęścia i szybko podłapałem do namiotu kolegę z Katowic. Przed 20:00 dojechaliśmy do Lechnina w Niemczech. Tam autokarem musieliśmy pokonać długi leśny dojazd. Po dojechaniu na miejsce musieliśmy zaparkować przed bramą, bo na campingu nie było miejsca do parkowania autokarów. Ktoś rzucił żart, że wjechaliśmy tutaj w 10 min., ale jutro będziemy się cofać z godzinę. Do akcji wkroczył specjalista od niemieckiego - Patryk. Szybko załatwił noclegi i o 20:00 rozkładaliśmy namioty. Wszystkim zależało, aby kolacja była jak najszybciej, dlatego ruch poszły grile i kiełbaski. Zmęczeni podróżą szybko poszli spać tzn. koło 23:00.
Dzień 14 lipca przedstawiał się podobnie, mieliśmy przekroczyć granicę niemiecko-holenderską i spać w jakiejś miejscowości nad Morzem Północnym. Wstałem wcześnie, bo o godzinie 5:45. Udało mi się dokładnie rozejrzeć po obozie. Był on zlokalizowany nad jeziorem. Posiadał małą przystań dla łódek. Nie był to mega camping, co sprawiało, że przedstawiał się dość sympatycznie. Wszyscy zaczęli wstawać około 8:30. Wtedy pokropił nam lekki deszczyk. Zaraz, gdy przestał wszyscy złożyli namioty. Śniadanie jednak jedliśmy w deszczu. Wszyscy byli tak głodni, że nie przeszkadzało im, że konserwy i dżemy dosłownie pływały. Z Lechnina wyjechaliśmy dopiero o 11:00. Kierowcy- Sławkowi jakoś udało się nawrócić i wyjechać przodem z tego lasu. Rano jeszcze nie wiedzieliśmy gdzie będziemy spać, ale jak się później okazało to normalne na tego typu obozach. Podróż przebiegała podobnie jak pierwszego dnia, chociaż wszyscy znali się trochę lepiej. Na granicy niemiecko-holenderskiej Krzysiek zażartował, że mamy wyjąć paszporty. Dało się na to nabrać dość dużo osób. Wieczorem dotarliśmy do Makkum. Jak dowiedział się Patryk na samym campingu nie ma dla nas miejsca, ale możemy spać na parkingu. Chodziło o trawnik, który oddzielał pasy parkingowe. Wyglądaliśmy trochę "biednie", na co wskazywały spojrzenia przechodniów. To nie było najważniejsze. Na kolacje była fasolka z chlebem.
HOLANDIA - KRAJ WIATRAKÓW I ROWERÓW
15 lipca przywitała nas piękna pogoda. Udaliśmy się na pierwsze zakupy do marketu znajdującego się na terenie campingu. Rozejrzeliśmy się także po porcie jachtowym, który przylegał do campingu. Po śniadaniu wypakowaliśmy rowery. Trochę czasu zajęło skręcanie wszystkiego do kupy. Autokar zabrał nasze bagaże, a my udaliśmy się do centrum Makkum. Dostaliśmy 15 minut na oglądnięcie tej sympatycznej miejscowości. Starszyzna plemienna wykorzystała ten czas na zakupienie potrzebnych map i przewodników. Z Makkum udaliśmy się w kierunku Alkmaru - miasta sera. Aby się tam dostać musieliśmy przejechać groblą oddzielającą Morze Północne od Ijsselmeer. Jest to część skomplikowanego holenderskiego systemu walki z powodziami. Należy zaznaczyć, że od samego campingu poruszaliśmy się wyłącznie drogami rowerowymi, którymi można dojechać wszędzie. Holendrzy przemyśleli położenie każdej trasy rowerowej. I tak nie należy się bać, że na grobli nas wywieje. Ścieżka rowerowa jest osłonięta wałem od wiatru wiejącego od morza. Przejażdżka w słońcu była bardzo przyjemna, chociaż chwilami monotonna. Po lewej stronie towarzyszyła nam cały czas autostrada, która czasem denerwowała. Na szczęście na trasie czekały na nas inne atrakcje. Najbardziej podobało mi się działanie systemu skrzyżowań woda ląd. Polegało to na tym, iż fragment drogi leżący nad wodą był umieszczony na obrotowym filarze, który gdy była potrzeba obracał się i dawał możliwość przepłynięcia statkom po obu stronach filara. System działał wprost perfekcyjnie. Droga zamyka się tak precyzyjnie, że szpara pomiędzy droga stałą, a ruchomą jest niewyczuwalna. Kolejnym punktem, przy którym warto było się zatrzymać były stare słynne holenderskie wiatraki. Wyglądały naprawdę okazale w tym słońcu. Zatrzymaliśmy się na campingu Callasande w miejscowości Calandsande. Na camping dotarliśmy dość szybko. Po rozbiciu namiotów mieliśmy jeszcze czas na grę w piłkę nożną i pójście na darmowy basen. Camping należał do najlepszych, na którym byliśmy. Darmowy prysznic, basen i inne atrakcje. Dzisiaj wachtę miała jeszcze kadra. Krzysiek dbał o to, aby każdemu smakowało i miał, co jeść. Grupa była zgrana nieporównywalnie lepiej niż na początku. Oczywiście zdarzały się marudy, ale takie muszą być na każdym obozie. Najzabawniejszym punktem programu był wieczorny mecz piłki nożnej. Po dwudziestu minutach nikt nie widział piłki, ale wszyscy dalej biegali. Zaowocowało to wieloma zderzeniami i śmiesznymi sytuacjami.
16 lipca wyruszyliśmy jak zwykle około 11:00. Dzisiaj mieliśmy zamiar zbliżyć się w okolice Amsterdamu po drodze zwiedzając Alkmaar. Szybko zwiedziliśmy zabytkową część miasta. Oglądnęliśmy szybko z zewnątrz pierwszą katedrę na naszej trasie. Po chwili wyjechaliśmy w dalszą podróż w stronę Amsterdamu. Na trasie byliśmy świadkiem wypadku. Kobieta jechała na rowerze w pełnym słońcu bez nakrycia głowy i przewróciła się nagle. Szybko zareagowaliśmy próbując zatrzymać samochód. Zatrzymał się od razu pierwszy z brzegu, a potem jeszcze jeden. Szybko wyjaśniliśmy, o co chodzi i zatrzymany zadzwonił po pogotowie. Wiedział lepiej od nas gdzie dokładnie jesteśmy. Pogotowie przyjechało w niecałe 10 min. Zastanówcie się jak w Polsce zakończyłaby się taka sytuacja. Po przyjeździe karetki pojechaliśmy dalej. Przejechaliśmy przez Harleem i dojechaliśmy do jakiegoś wsiowego campingu w Bloemendaal. Namioty rozkładało się na piasku. Obsługa ulokowała nas w części mało reprezentacyjnej tego campingu. Miało to swoje plusy. Czuliśmy się panami na naszym dość sporym placu. Jedna już po chwili mieliśmy pełno piasku w namiotach. Tego dnia zjedliśmy najpóźniej obiad na tym obozie. Było to chyba po 0:30. Smakował jak nigdy. Wachta na jutro była przydzielona już wśród uczestników. Na campingu spotkaliśmy Polaka, który pracował w Harlemie. Rozbudził on nasze apetyty na Amsterdam, do którego mieliśmy się udać już jutro.

Nadszedł magiczny dzień, na, który wiele osób czekało długo 17 lipca roku pańskiego 2002. Na dzisiaj było zaplanowane zwiedzanie stolicy Holandii Amsterdamu. Miasta, które większość osób kojarzy z dzielnicą czerwonych świateł ( Red Light District ) i coffee shopami w których sprzedaje się trawę. Nam jednak udało się dostrzec wiele innych pozytywnych cech. Z campingu wyjechaliśmy trochę przed jedenastą. Wiele osób zaczął wyraźnie denerwować fakt, że parę osób potrafi tak znakomicie opóźnić wyjazd całej grupy. Do Amsterdamu część grupy udała się kolejką, ale większość w ruch wzięła rowery i jechała, przez Harleem do Amsterdamu. Około 13:00 dotarliśmy do Central Stadion, przy której leży największy na Świecie parking rowerowy. Nikt nie skorzystał jednak z jego usług obawiając się kradzieży roweru. Każdy swój rower zabrał ze sobą. Konsekwencją wcześniej opisanego zachowania było to, że cała grupa miała znacznie mniej czasu na zwiedzanie Amsterdamu. Maksymalnym czasem było niecałe 5 godzin. Trochę czasu zabrało nam zakupienie planów w informacji turystycznej przy Central Stadion. Później każdy ruszył swoją drogą. Ja z kolegą Kamilem udaliśmy się za panem Ryszardem, który znał ciekawe miejsca w Amsterdamie, o każdym potrafił coś ciekawego powiedzieć. Był to najlepszy wybór, jaki mogłem zrobić. Pierwszym naszym przystankiem był plac przed pałacem królewskim. Zobaczyliśmy tutaj budynek wspomnianego Pałacu Królewskiego muzeum figur woskowych Madam Tussaud oraz Pomnik, pod którym lubią się spotykać narkomani i w którym łatwo kupić działkę. Dalej udaliśmy się pod Muzeum Królewskie. Tutaj spotkaliśmy skośnookiego reportera, który zrobił nam zdjęcie myśląc chyba, że jesteśmy holendrami. Potem dzięki uprzejmości pana Ryszarda mogliśmy, chociaż pobieżnie "przelecieć" sale muzeum. Przy jednym z obrazów zaczepił nas ochroniarz pytając czy nie urwaliśmy się czasem z Tour de France. Podczas gdy my zwiedzaliśmy pan Ryszard pilnował naszych bagaży i rowerów. Widzieliśmy wspaniałe, unikatowe dzieła sztuki takich artystów jak Rembrandt, Van Gogh. Byliśmy w muzeum 2h, ale po wyjściu czuliśmy, ze to o wiele za mało. Musieliśmy zobaczyć, chociaż część zabudowy Amsterdamu. Przejechaliśmy wzdłuż głównych kanałów i rzeki Amstel. Widzieliśmy synagogę żydowską, która mi przypominała trochę fabrykę, słynny most na rzece Amstel, który jest taką atrakcją jak Wieża Eifla w Paryżu, najwęższą kamienicę w mieście (miała taką szerokość jak drzwi tej wielkiej - około 1,5 m), ogród botaniczny, dom wag, Różową Aleję i całą masę kamienic z charakterystycznymi dźwigami. Oprócz tego mijaliśmy masę coffee szopów z charakterystycznym zapachem i masę mostów nad kanałami, którymi płynęły wodne tramwaje. Byłem tak zauroczony miastem, że nie liczyłem klatek, które zużywałem na zdjęcia. Mieliśmy wspaniałą pogodę i w większości dobre oświetlenie do zdjęć. Wycieczkę zakończyliśmy na zbiórce 18:00 przy Central Stadion, gdzie spotkaliśmy się z resztkami grupy, które nie wróciły wcześniej. W drodze powrotnej przejechaliśmy jeszcze koło pomnika homoseksualistów. Składał on się z dwóch dużych trójkątów, jednego wypukłego drugiego na wysokości chodnika. Przed odjazdem Patryk przedstawił swoje poglądy na sprawę paląc gumę na jednym z pomników. Zostawił czarny ślad o wystarczającej wymowie. Na camping dojechaliśmy przed 20:00. Okazało się, że wachta dojechała dopiero 15 minut przed nami, ponieważ była na stadionie Ajaxu ( ARENA A). I tak zjedliśmy w miarę normalnie, czyli przed 11:00. W tym momencie trwania obozu większość z nas była wspaniale zgrana. Z każdym można było się porozumieć. No z drobnymi wyjątkami, ale one potwierdzały regułę. Muszę przyznać, że Krzysiek potrafił stworzyć wspaniałą atmosferę. W nocy razem z kolegą pojechaliśmy oglądnąć Lamborgini Diablo. Wyglądało naprawdę nieźle. Miałem nadzieję, że jutro będę mógł mu zrobić zdjęcie w całej okazałości.
Nadszedł 18 lipca czas wyjazdu z Bloemendaal. Najpierw jednak musieliśmy rano przejechać się 4 km do Zandvort po artykuły na śniadanie. Było tego sporo, bo nasze zaopatrzenie wynosiło zero. Mimo, że ze śniadaniem uwinęliśmy się bardzo szybko to niektórzy nie potrafili zrobić tego samego ze sobą. Trasa tego dnia była wyjątkowo krótka, ale biegła wzdłuż pięknej pustyni wytworzonej przez krajobraz wydmowy. Odcinek ten bardzo nam się podobał. Był ciekawy i ciągle coś się zmieniało. Na początku zatrzymaliśmy się na chwilę, aby wejść na wydmę i zobaczyć Morze Północne. Wiało słabo i morze nie różniło się niczym od naszego Bałtyku. Nie zrobiło ono na mnie większego wrażenia. Po krótkiej jeździe dojechaliśmy na sympatyczny camping w okolicach Scheweningen. Namioty rozłożyliśmy w środku małego lasku. Ze względu na obowiązki wachty nie mogłem pojechać na rowerach do Hagi oddalonej o mniej więcej 10 km. Zresztą mało, kto pojechał tylko trzy osoby ze starszyzny, bo zwinęły się tak po cichu, że nikt o tym nie wiedział. Wachta poszła nam w miarę szybko i przygotowaliśmy najwcześniejszy "obiad na całym obozie". Muszę wspomnieć, że było to zasługą dziewczyn, które pomogły nam siekać sałatkę. Po kolacji z chłopakami graliśmy w piłkę, ponieważ na campingu było trawiaste boisko. Dołączyli się do nas dwaj Niemcy. Niestety od razu było widać, dlaczego oni doszli do finałów Mistrzostw Świata, a my nie. Mecz rozegrany w pokojowej atmosferze został zakończony, gdy oświetlenie nie pozwalało na dalszą grę. Nie oznaczało to oczywiście pójścia spać
19 lipca trzeba było rano szybko spakować rowery do autokaru. Mieliśmy dzisiaj zwiedzić Hagę, Goudę i Utrecht. Rotterdam został wyrzucony z programu, ponieważ podobno nie ma tam nic do zobaczenia!? Ja tam słyszałem, że w Rotterdamie jest trzeci, co do wielkości port na świecie, ale może to nie jest ciekawie. Mam inne zdanie. Podobnie jak duża zawiedziona część grupy. W Hadze zatrzymaliśmy się na chwilę przed Trybunałem Sprawiedliwości. Był czas tylko na zrobienie fotek, nie zdążyliśmy pogadać z Miloszewiczem. Potem piloci nie umieli znaleźć miejsca parkingowego po kilku próbach starszyzna stwierdziła, że nie ma czasu na zwiedzanie Hagi. Jedziemy dalej (przecież tak łatwiej). Moim zdaniem kadra, która był w Hadze powinna rozejrzeć się z miejscami parkingowymi dzień wcześniej skierowaliśmy się na Goude. Tam dostaliśmy pół godziny czasu wolnego. Wystarczyło to na zobaczenie starówki. Na środku rynku stoi ratusz ze śmiesznymi biało-czerwonymi okiennicami. Następnie oglądnęliśmy katedrę, kościół, zabytkowe kamieniczki. Warto zaznaczyć, że tylko w tym mieście spotkaliśmy błony fotograficzne po cenach normalnych (polskich). Wróciliśmy do autokaru i czekaliśmy pół godziny na wachtę, która robiła zakupy w hipermarkecie. Po uzupełnieniu ekipy o wachtę wyjechaliśmy z Goudy i pognaliśmy do Utrechtu. Tu znaleźliśmy w końcu miejsce parkingowe. Krzysiek oświadczył, że mamy tylko 20 minut na zwiedzanie. Ruszyliśmy z kopyta, ale cały marsz został zatrzymany przez kadrę, która wtargnęła sobie do sklepu ze starociami i przesiedziała tam z 10 min. W dalszą drogę udałem się z pilotami i kilkoma kolegami. Obeszliśmy dokładnie katedrę i oglądnęliśmy inną zabudowę. Wiedzieliśmy, że się spóźnimy, ale piloci uspokajali, że wszystko będzie ok., bo Krzysiek coś tam mówił, że parking zapłacił na dłużej. Spóźniliśmy się 0,5 h. Krzysiek wymyślił nam karę. W szóstkę dostaliśmy trzydniową wachtę karną. Dla mnie było to przedłużenie i miałem w sumie pięć dni pod rząd. Dużo czasu zajęło nam wieczorem szukanie campingu.W końcu miałem gdzie rozłożyć namiot i zająłem się obowiązkiem wachty. Na jutro został zapowiedziany Dzień Owsiaka ( każdy robi, co mu się podoba).
Nadszedł dzień samowoli, czyli Dzień Owsiaka. 20 lipca to od nas zależało jak sobie zaplanujemy dzień. Dwudziestu z nas (ja również) pojechało w tym ja pojechało na pokazy walk rycerskich. Pokazy walk wystawiali polscy kaskaderzy w parku rozrywki w mieście Doune. Do parku zostaliśmy przemyceni przez znajomego kaskadera tzw. tylnym wejściem. Mimo, że pokazy walk były główną atrakcją parku to my znaleźliśmy wiele innych niekonwencjonalnych obiektów. Najbardziej podobały się nam fontanna składająca się z żołnierzy przeprawiających się przez rzekę oraz pomnik składający się z różnego rodzaju zardzewiałego złomu. Wybrani mieli także okazje obejrzeć stajnie, w której były olbrzymie konie rasy Shire. Swoimi rozmiarami robiły wrażenie. Po obejrzeniu tego wszystkiego poszliśmy na pokazy walki. Mimo, że cała otoczka był skierowana raczej do dzieci to my bawiliśmy się świetnie. Wszystko wyglądało nawet jak prawdziwe, choć momentami było widać, kto ma spaść z konia, ale to tylko raz. Po pokazach udaliśmy się na obóz w poszukiwaniu mapy, której nie znaleźliśmy i musieliśmy się obejść bez niej. Pojechaliśmy na krótką wycieczkę do parku krajobrazowego okolicach miasta Wassenaar. Park krajobrazowy był naprawdę piękny. Wyglądało to w ten sposób, że najpierw był las, później pustynia, las, pustynia, a w środku jeziorko. Zajęło nam to niecałe dwie godziny, bo bez mapy nie wiedzieliśmy jak jechać, aby objechać wszystko w całości. Po powrocie trochę się nudziliśmy i byczyliśmy, ponieważ połowy obozu nie było. Część poszła do wesołego miasteczka, a część chłopców pojechała na stadion do Einhoven. O 19:30 zaczęło lać i przeszła burza. Myśleliśmy, że z kolacji nic nie będzie, ale po półgodzinie przestało. Zaczęliśmy przygotowywać kolacje i znowu zaczęło lać, ale tym razem stało się coś, co sprawiło, że szczęka opadła mi do podłogi. Podszedł do nas Niemiec zaczął do nas mówić, że nie musimy gotować na deszczu. Możemy się przenieść pod dach świetlicy, o której nie wiedzieliśmy. Czy w Polsce spotkaliście się z czymś takim? Po chwili jednak przestało padać na dobre przeprowadzka nie była konieczna. Przypaliliśmy trochę sos grzybowy, ale nikt nie narzekał i wszyscy bawili się wspaniale. Zatwardziali kibice zaglądali do przyczepy sąsiadowi oglądając Tour de France i kibicując Amstrągowi. Wiedzieliśmy, że nasz idol prowadzi w generalce.
21 lipca okazało się, że w nocy podobno strasznie padało, ale mnie nic nie ruszyło. Spałem jak kamień. Trzeba było znowu wszystko wpakować do autobusu. Chyba coraz lepiej wprawialiśmy się w tym procederze, ponieważ wyjechaliśmy wcześniej niż zwykle. W godzinach popołudniowych dotarliśmy w okolice Mechelen na camping w mieście Zemst. Szybko rozbiliśmy namioty, ponieważ zaczęło trochę kropić. Po chwili przestało i załapałem się na wycieczkę do Mechelen. Jak zwykle trzeba było być bardzo czujnym, aby nie przegapić pory wyjazdu, która objawiała się jedynie tym, że część starszyzny wsiadała na rowery i wyjeżdżała. Nie ujechaliśmy z 0,5 km, gdy zaczęło lać jak z cebra. Wszyscy zatrzymaliśmy się na przystanku licząc, że ulewa zaraz przejdzie. Lało tak z 45 min. Czas płynął nadspodziewanie szybko, co nie było mi na rękę, ponieważ miałem wachtę i musiałem wrócić na godzinę 18:00. W końcu udało nam się dojechać do Mechelen. Warto zaznaczyć, że przywitała nas piękna słoneczna pogoda. Niestety na zegarku była już za 10 osiemnasta. Udało mi się obejrzeć katedrę ratusz i myślałem, że już będę musiał wracać. Na szczęście umówiłem się z Patrykiem, że ja zostanę, a potem będę sprzątał po kolacji. Krzysiek na szczęście nie zauważył, albo nie chciał zuważyć, że brakuje jednego z wachty. Katedra w Mechelen zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. Zdobienia były po prostu przepiękne. Dalej pojechaliśmy zobaczyć szkołę gry i strojenia zespołów dzwonków, na których można wygrywać melodie. Dalej pojechaliśmy nad kanał by zobaczyć "kamienicę zrobioną w całości z drewna! Objechaliśmy stare zabytkowe uliczki Mechelen i skierowaliśmy się w kierunku Zemst. Szkoda tylko, że podczas naszego pobytu rynek był w remoncie. Wyglądał jak jeden wielki plac budowy. Na camping wróciliśmy około 19:00 i jeszcze przed "obiadem" spotkała nas miła niespodzianka. Otóż Patryk zostawił przed namiotem zaczętą paczkę ciastek, do której dobrał się jeż i zaczął wszystko wyjadać do ostatniej okruszynki. My w tym czasie urządziliśmy sobie z nim sesje zdjęciową. Sympatyczny zwierzak, ale nawet nie powiedział, że mu smakowało. Po kolacji szybko umyłem garnki i poszedłem grać w piłkę nożną. Trawa była bardzo mokra, ale nikomu to nie przeszkadzało. Dzień zaliczam do udanych, jak większość obozu zresztą. Jutro mieliśmy zwiedzać Brukselę, dzień miał byś pełen wrażeń.
Belgia - administracyjne centrum Europy

22 lipca miałem zapamiętać na długo. Tak też się stało. Zgodnie z umową z poprzedniego dnia grupa, która chciała jechać przez Waterloo wyjechała już o 10:00. Niestety nawigacja starszyzny nie była dość precyzyjna i nadłożyliśmy 20 km do Waterloo. Droga rzędu 55 km po niewymagającym terenie zajęła nam aż 5 godz. Po drodze złapaliśmy jedną gumę i niektórzy nie radzili sobie kondycyjnie po trudach obozu, a czas ścigał niemiłosiernie. Cieszyłem się, że zobaczyłem miejsce, w którym potęga Napoleona legła w gruzach. Jak się jednak okazało nie cieszyłem się tym długo. Do Brukseli dotarliśmy dopiero przed 17:00. Po dojechaniu na rynek dostaliśmy godzinę czasu by zwiedzić samemu Brukselę miasto dobrze znane każdemu z Wiadomości lub innych serwisów informacyjnych. Zanim się to jednak stało zobaczyliśmy przepiękny kościół, który jest położony przy wjeździe do centrum Brukseli oraz słynnego siusiającego chłopca. Kiedy wjechaliśmy na rynek w Brukseli szczęki nam opadły. Uderzyło nas piękno i przepych, którym są obdarzone budynki znajdujące się na rynku. Kolega krzyknął: "Powiedzcie mi, co mam fotografować, bo została mi tylko jedna klatka na filmie". Po chwili rozjechaliśmy się po Brukseli. Odebraliśmy darmowe plany w informacji turystycznej i ruszyliśmy w kierunku budynku Unii Europejskiej. Obejrzeliśmy budynek, w którym obradują nasi zacni negocjatorzy. Na szczęście nie było żadnych obrad i mogliśmy spokojnie objechać te szklane ściany. W sumie w Brukseli widzieliśmy: siusiającego chłopca, kościół, katedrę, siedzibę Unii Europejskiej, rynek z zabytkowym ratuszem i pałacem. Nawet nie wspominam, ile przepisów (drogowych) złamaliśmy zwiedzając Brukselę. W drodze powrotnej przejeżdżaliśmy koło kwatery NATO i z dwoma kolegami zatrzymaliśmy się tutaj, aby zrobić zdjęcie. Koledzy zapewnili mnie, że uzyskaliśmy potrzebne pozwolenie na odłączenie się od grupy. Zrobiliśmy po fotce i ruszyliśmy w pościg. Jednak grupy już nie było. Wiedzieliśmy, że nie mogli odjechać daleko, więc sprawdziliśmy wszystkie zakręty. Zonk. Przy ich tempie nie mogli zajechać daleko. W końcu zdaliśmy sobie sprawę, że musimy działać na własną rękę. Zaczęliśmy się pytać miejscowych jak dojechać do Mechelen. Ale większość wiedziała jak dojechać tam, ale autostradą, a my byliśmy na rowerach. Nie chcieliśmy ryzykować wysokiego mandatu. W końcu spotkaliśmy małżeństwo, które lepiej orientowało się w sytuacji. Wskazało nam drogę i po uwzględnieniu kilku objazdów nacisnęliśmy ostro na pedały. W międzyczasie odebraliśmy kilka połączeń wyjaśniając, że na camping dojedziemy sami. Łatwo powiedzieć. Zadanie było trudniejsze niż myśleliśmy, sieć dróg rowerowych nie była tak rozwinięta jak w Holandii. W końcu dotarliśmy do upragnionego "Mechelen", skierowaliśmy się do centrum i po chwili wszystko zaczęło wyglądać mniej wesoło. Centrum różniło się od tego, co widzieliśmy wczoraj. Zapytaliśmy się motocyklisty z mapą, co jest grane. Wyjaśnił nam, że w tym regionie jest małe miasteczko Mechelen ( to nasze) i przemysłowe Machelen ( to, w którym aktualnie byliśmy). Pokazał nam na mapie jak przejechać 14 km dzielących nas od Mechelen. Teraz dopiero zaczęliśmy grzać. Średnia nie schodziła poniżej 30 km/h. Grzaliśmy tak nie zważając na nic. Nie obchodziły nas czerwone światła, ani nic podobnego. Kolega wjechał na czerwonym świetle kiedy motor startował. Motocyklista wyhamował. Pomachał nam i nas przepuścił. Tak samo było z kilkoma samochodami. Nikt na nas nie zatrąbił. Z resztą od początku obozu nie usłyszeliśmy klaksonu. Kiedy dojechaliśmy do Mechelen już wiedziałem, gdzie mamy jechać. Szybko pokonaliśmy kolejne 6 km dzielących nas od campingu. Warto zauważyć, że nie była to jazda tak przyjemna jak w Holandii. Drogi tutaj są gorszej jakości, a na prowincji wyglądają jak te w Polsce. Po powrocie na camping kolacja już na nas czekała. Szybko złożyliśmy wyjaśnienia i zabraliśmy się do jedzenia. Co ciekawe porcje dla nas przeznaczone były większe niż normalnie. Później dowiedzieliśmy się, dlaczego nie znaleźliśmy grupy. Oni po prostu z pełną premedytacją wjechali na autostradę. Ciekawe, co by było gdyby złapała ich policja. Wprawdzie przejechali tak tylko koło 1000 m, ale wątpię czy by to przeszło. Wydaje mi się nawet, że Krzysiek był zadowolony, że uniknęliśmy jazdy autostradą mimo nadłożenia kilometrów i ponad godzinnego spóźnienia. Tak zakończyła się przygoda, która dzięki komórce i znajomości języka angielskiego nie zakończyła się nieprzyjemnie. Te chwile zapamiętam na długo.
Luksemburg - Wielkie księstwo
Dnia 23 lipca roku 2002 opuszczamy Belgię i przejeżdżamy autokarem do Luksemburga. Nie wiem, co mnie złamało, bo po zrobieniu notatek potrzebnych do tej relacji od razu zasnąłem. Obudziłem się jadąc przez most zawieszony na wysokości około 40 m. Nieżle się zdziwiłem, gdy w ciągu "paru sekund" przejechałem z doliny w góry. Za godzinę byliśmy na campingu w Luksemburgu. Ten camping później wspominaliśmy najmilej. Były darmowe prysznice - super "wynalazek". W końcu uwolniliśmy się od metalowych żetonów. Szybko zajęliśmy wyznaczony dla nas plac. I wyruszyliśmy na wycieczkę w stronę Luksemburga. Niestety załatwione to było tak jak zwykle. Zaowocowało to zgubieniem w drodze kilku chętnych, a w moim przypadku wypadkiem na szczęście niegroźnym, ale scentrowałem koło w ósemkę. Objechaliśmy Luksemburg dość dużą ekipą, ale po Brukseli nie zrobił on na nas tak wielkiego wrażenia, przynajmniej dzisiaj, gdy mieliśmy na niego tylko 0,5 h. Potem wysłuchaliśmy kilku kawałków muzyki, które oferowały tutejsze letnie koncerty na rynku. Następnie wróciliśmy na camping oddalony o 4 km. Wieczór minął super. Byliśmy tak zgrani, że nie chcieliśmy się za kilka dni rozstawać. Aż się nie chce wierzyć jak tego typu obóz wiąże ludzi. Tutaj wszystko zależy od możliwości twoich i kolegi, koleżanki. To od każdego zależy, co będziesz jadł, o której i kiedy wyjedziesz, ile przejedziesz i co zobaczysz. Tym nastrojem zakończyłem dzień. Na jutro umówiliśmy się z panem Krzysztofem i kilkoma kolegami na exterme po Ardenach.

24 lipca wyjechaliśmy z kilkoma kolegami i panem Krzysztofem do Luksemburga, i dalej w Ardeny. Na razie dysponowaliśmy tylko kserokopią jakiejś pseudo mapki. Wystarczyło to na początku. Na trasie, a dokładniej w Echternacht zaopatrzyliśmy się w lepszy plan. Już na pierwszej górce prowadzącej z Luksemburga do Ermster mieliśmy czarne myśli, że jeśli tak będzie cały czas to będą jaja. Zagryźliśmy zęby i ruszyliśmy z górki. Trasa była naprawdę super niestety pogoda nie dawała nam możliwości zrobienia ciekawych zdjęć. Przez cały czas jeździliśmy w kurtkach rozpinając się i zapinając zależnie od tego, czy pięliśmy się w górę, czy zjeżdżaliśmy w dół. Warto zauważyć, że w większości jechaliśmy drogami rowerowymi dobrej jakości. Byliśmy nawet przez chwilę w Niemczech. Zwiedziliśmy dwa kościółki w Echternacht i dalej w trasę do domu, jedzenia mieliśmy mało. Picie na szczęście można było uzupełnić na trasie w byle kranie. Podjazdów i zjazdów było bardzo dużo ( jak to w górach). Po jakimś czasie przestałem się cieszyć, że zjeżdżam, ponieważ wiedziałem, że zaraz będę musiał pedałować pod gorę. Najgorszy było podjazd pod zamek Beaufort. Nie spotkałem się jeszcze z takim podjazdem. Był długi wymagający zaparcia. W końcu nie było czasu jechać na "jeden jeden". Skoro już wjechaliśmy tutaj to należałoby zwiedzić te ruiny. Około 17:00 ( zamknięcie zamku) skierowaliśmy się na Larochette. Powoli zaczęliśmy myśleć o jedzeniu, w końcu długo nie można jechać "na pusto". W Larochette uzupełniliśmy zapasy snickersami i owocami. Szarpaliśmy dalej do Luksemburga. Zatrzymaliśmy się na relaksujący koncert w Luksemburgu na rynku i ruszyliśmy na kolację. To bardzo ciekawe jak szybko można jechać, gdy w perspektywie ma się jedzenie. Już teraz byłem zadowolony, że wybrałem ten wariant trasy. Mogłem zamiast tego jechać do Francji. Oni mieli słoneczną pogodę, a ja kilkaset metrów różnic wysokości. Byłem zadowolony z wyboru. Gdy wpadliśmy do obozu patrzyli na nas z politowaniem. Miałem pręgi na włosach od kasku. 125 kilometrów po górach zrobiło swoje. Poruszaliśmy się trochę inaczej, ale za to uśmiechnięci i zadowoleni, że daliśmy radę. Zaraz poszliśmy pod prysznic. Siedziałem tam chyba z 12 min. Niewyobrażalna nagroda za dopełniony trud. Później była kolacja. Tej ilości mięsa nie dało się przejeść. Poszedłem spać dosyć późno.
25 lipca roku pańskiego 2002 mieliśmy czas wolny do 13:00 na zwiedzanie Luksemburga. Wyjechałem z kolegami o 11:00 potem dołączył się do nas pan Krzysztof. Wcześniej nie zdawałem sobie sprawy, jakie to górzyste miasto. Chcieliśmy zwiedzić wszystkie miejsca, które zaznaczył nam pan Ryszard wcześniej na mapie. Po zwiedzeniu centrum zjechaliśmy windą na najniższy poziom. Stamtąd rozpoczęliśmy wspinanie się pod górę w stronę jednego z tarasów widokowych.. Po chwili zauważyłem, że jestem na wysokości wieży kościoła zbudowanego na innym poziomie. Jest to miasto, skarp i przepaści, a każda przestrzeń jest wykorzystana. Niestety pogoda nie nadawała się do zdjęć. Po powrocie poszliśmy pod ostatni prysznic zaczęliśmy wszystko chować do autobusu pakując się jednocześnie na drogę. Było to ostatnie pakowanie rowerów. Od dzisiaj mieliśmy jechać już tylko autobusem. Zjedliśmy zupkę chińską i o 16:00 wyruszyliśmy na trasę w stronę najstarszego miasta Niemiec. Gdy jednak już tam dojechaliśmy okazało się, że parking dla autobusów jest oddalony 5 km od centrum, a my nie mamy czasu, więc nie będziemy zwiedzać Trewiru ( bo po co). Teraz nie zapowiadało się nic ciekawego poza długą podróżą. Siedzenie przywarło mi do fotela i tak godzina za godziną.
26 lipca dotarliśmy na granicę niemiecką, gdzie mieliśmy pół godziny przekroczenia na tachografie, a przed nami jeszcze kawał drogi. W Czechach podobno nie łapią. O 7:00 dojechaliśmy do Karlowych Warów na 3 godz. wycieczkę. Zobaczyliśmy pijalnie, w której najzimniejsza woda ma 36°C, a najcieplejsze "tyko" 72°C. Później poszliśmy na Jeleni Skok ( miejsce widokowe). Karlowe Wary zrobiły na mnie pozytywne wrażenie jako uzdrowisko, ale nie odpokutowały straty po Tewirze. O10:00 wyruszyliśmy w dalszą drogę. W ten sposób dojechaliśmy do Harrachova. Po rozbiciu namiotów poszliśmy na skocznię. Nie wiem jednak, czemu nie doszliśmy do jej stóp, ale widzieliśmy ją na tyle by poczuć ogrom mamuta. Wróciliśmy do obozu bojąc się czy nasze bagaże są na miejscu. To nie to samo, co Benelux. Tu mieszkają raczej biedni ludzie i do tego jest dużo Polaków. Wieczorem po kolacji była impreza pożegnalna. Pobudka była zapowiedziana na 6:00, ale mimo to wszyscy bawiliśmy się do późna. Miały to być ostatnie godziny razem.
27 lipca Patryk dotrzymał słowa i obudził wszystkich o 6:00. Szybko zebraliśmy się bez śniadania, które mięliśmy zjeść w Polsce. Zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcie i gaz do dechy. Ostatnie chwile zabrało nam zbieranie adresów. Śniadanie zjedliśmy pod zamkiem w Polkowicach gdzie akurat miał się odbywać festiwal gotyckiego rocka. Od tego momentu prawie się nie zatrzymywaliśmy (poza stacjami benzynowymi). Pierwszy ważny przystanek był w przy M1 w Czeladzi. Tutaj wysiadałem i w tym miejscu mam zamiar zakończyć tą obszerną relację.
Chciałbym podziękować wszystkim, którzy stworzyli mi tą niezapomnianą atmosferę. Dziękuję Wam wszystkim, mam nadzieje, że spotkamy się w przyszłości na kolejnym obozie lub poza nim.
Szczególne pozdrowienia dla:
- Maćka
- Daniela
- Dużej ( Ani )
- Krzyśka
- Daniela
- Krzyśka J.
- Kuby
- Daniela
- Pana Krzysztofa
- Asii
- Nadzi
- Patryka
- Kłapouchego ( Tomka)
- Kamila
- Piotrka
- Szymona
- Pana Ryszarda
- i Skywalkera oczywiście
Michał Pawełczyk
All © copyright by GT WERTEP. Wszystkie teksty i zdjęcia na stronie oraz sama witryna są objęte prawami autorskimi. Powielanie ich w jakikolwiek sposób, bez wiedzy i zgody administratora jest zabronione. Projekt i wykonanie: Michał"anghan"Pawełczyk. Autorem zdjęcia w nagłówku strony jest Marcin Matyja - Fotografia Ślubna.



